wtorek, 24 lipca 2012

Rozdział: szósty

Chciałam aby to wszystko okazało się snem. Aby informacja o śmierci mojej matki okazała się pomyłką. Pragnęłam aby szalona Renee stała tuż obok mnie, uśmiechała się i mówiła, że wszystko będzie dobrze.
Wszystko co dotychczas robiłam, co zdążyłam osiągnąć poszło na marne. Nie potrafiłam się skupić na niczym ani na nikim. Moje oceny się pogorszyły w mgnieniu oka.
Co prawda zostałam zwolniona z dodatkowych zajęć pod okiem Bielikowa, gdyż nie wyrabiałam, a władze szkoły okazały się tak dobroduszne, że do czasu, aż moja psychika się poprawi będę uczestniczyła tylko w lekcjach które są obowiązkowe i które mam wypisane w planie. A i te stały pod znakiem zapytania. Miałam chodzić trzy razy w tygodniu na sesje do szkolnego psychologa. Miało mi to pomóc. Ale nic nie zwróci mi jej.
Z Charliem miałam się zobaczyć dopiero na pogrzebie. Pozostali mi tylko przyjaciele, którzy codziennie dawali mi do zrozumienia, że nie jestem sama i mogę na nich polegać. Ze wszystkich tylko Edward był obecny w moim życiu (a raczej jego namiastce). Nie próbował mnie pocieszać, wmawiać, że wszystko kiedyś się ułoży - co mi bardzo pomogło, gdyż od paru dni nie słyszę nic innego jak tylko słowa otuchy -, zajmował się mną jak starszy brat.

I tak mijały kolejne dni...
Szkoła, pokój, rozpacz, załamanie, sesje u psychologa - tak wyglądało obecnie moje życie.
Pod poduszką leżał mój pamiętnik. Praktycznie w nim nie pisałam, chyba, że naprawdę istniał powód dla którego musiałam się komuś wygadać, a nie miałam komu - wtedy sięgałam po zwykły zeszyt, który z biegiem lat stał się dla mnie cenny.

15 wrzesień,
Minęło kilka dni od śmierci mojej matki - a wydaje się jakby minęła wieczność - cały czas nie mogę przetrwać bólu, jaki czuję po stracie bliskiej osoby. Nikt ode mnie  tego nie wymaga, chociaż wiem, że im także jest trudno. Chciałabym coś zrobić - cokolwiek - ale nie mogę. Mój stan psychiczny mi na to nie pozwala. 
Tak bardzo chciałabym wreszcie normalnie stanąć na nogi. Znów nauczyć się uśmiechać i żyć pełnią życia. Wiem, że wymagam od siebie za wiele, w końcu minęło zaledwie parę dni od tego tragicznego zdarzenia. Nikomu nie jest łatwo. A zwłaszcza mnie i mojemu ojcu. Kochał bardzo moją matkę. Byłyśmy dla niego całym światem, a teraz nagle stracił Swą ukochaną.
Depresja nie pozwala mi myśleć trzeźwo. W ciągu tych kilkudziesięciu godzin miałam myśl o popełnieniu samobójstwa. Mimo że nie odważyłam się tego zrobić ze względu na ojca i przyjaciół, to zastanawiam się: czy, aby tak nie było lepiej.
Odłożyłam na bok swoje problemy miłosne. Dymitr. Edward. Trójkąt. W tym czasie nie było to najważniejsze. Może kiedy wreszcie odzyskam spokój ducha, decyzja sama przyjdzie. Mimo moich zapewnień, że kocham Edwarda, to czułam, że jakaś część mnie jest uszczęśliwiona, że może przebywać z Bielikowem. Może powiedzenie "stara miłość nie rdzewieje" - jest słuszne.
To wszystko wydaje się śmieszne. Jeszcze nie dawno cieszyłam się, że będę mogła studiować na najlepszej uczelni, a  teraz? To wszystko przestało mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie. Zaprzepaściłam wszystko. Schrzaniłam sprawę.Może uda mi się nadrobić te wszystkie zaległości, których zdążyłam się już nabawić. Nie będzie łatwo... Nikt nie powiedział, że życie to bułka z masłem. 
Lecz... wiem, że Ona by tego nie chciała. Nie chciała, bym  rzuciła wszystko i rozmyślała tylko o śmierci. Renee którą znałam, którą kochałam nie poddałaby się bez walki. I za to właśnie była dla mnie wzorem do naśladowania.
 Pisanie przerwało mi ciche pukanie do drzwi, za nim zdążyłam powiedzieć 'proszę' drzwi już się lekko odchyliły.
- Jestem. - nie musiał mówić kto. Dobrze wiedziałam.
- Wiesz, że nie musisz dotrzymywać mi towarzystwa? Pewnie masz inne pomysły jak spędzić wolny czas, a tak zaprzepaszczasz je na siedzenie ze mną.
- Wyganiasz mnie?
Na jego ustach igrał chytry uśmieszek. Zawsze lubiliśmy się przekomarzać. W pewnym sensie to mi pomagało oderwać się od przytłaczającej rzeczywistości... chociaż na krótką chwilę.
- Nie... ja tylko, mówię, że nie musisz tutaj ze mną teraz być.
Przytulił mnie mocno do siebie. Ułożyłam głowę na jego piersi.
- Czy kiedyś będzie dobrze? - nigdy nie zadawałam mu takich pytań, więc pewnie go zaskoczyłam.
- Nie wiem, Bello. - odparł, po chwili dodając - Ale będziemy o to walczyć... Nie zostawię cię nigdy nigdy samej.
Pojedyncza łza spłynęła po moim policzku.
"Zawsze i na zawsze" - pomyślałam.
kiedyś tematem naszych częstych rozmów był Dymitr, życie szkolne i prywatne... ale nigdy przyszłość i takie przytłaczające tematy. Wiedziałam już pierwszego dnia, gdy poznałam Edwarda, że będzie wspaniałym przyjacielem, który będzie potrafił mnie uszczęśliwić a w najgorszych sytuacjach nawet pocieszać, nigdy nie miałam co do tego żadnych zastrzeżeń.
- O czym myślisz? - zagadnął.
- Wspominam... całe nasze życie, od momentu kiedy się po raz pierwszy zobaczyliśmy i zostaliśmy najlepszymi przyjaciółmi, do teraz.
- I co o tym wszystkim myślisz? - zapytał. Przytuliłam się do niego mocniej, bardziej okrywając się kocem.
Chciałam mu wyrazić: jak bardzo go kocham i jak jest dla mnie ważny, ale wiedziałam, że nie powinnam. Nie był jeszcze gotowy na nowy związek, po tym jak rozstał się z Jane i ja nie potrafiłam mu tego powiedzieć. Bałam się. Tak, tak, myślicie co ze mnie dziewczyna która igra ze śmiercią, z byłym "chłopakiem", a boi się wyrazić zwykłych słów "kocham cię".
Ale taki właśnie jest mój świat... pełen tajemnic i skrywanych uczuć.
- Myślę, że pomimo trudności jakie los nam zgotował zawsze będziemy obok siebie i nic nas nie powstrzyma, aby walczyć o nas - szybko się poprawiłam. - o naszą przyjaźń.
- Czy kiedykolwiek wątpiłaś, że może być inaczej? - zapytał.
Podniosłam się by lepiej widzieć jego twarz. Jego emocje były sprzeczne z sytuacją. Typowe.
- Skądże. Zawsze wiedziałam, że mogę na tobie polegać, tylko musiałam się utwierdzić w tym przekonaniu. A te wszystkie lata pozwoliły mi wreszcie uwierzyć.

Mogliśmy tak przesiedzieć cały dzień... lecz w pewnym momencie do naszego pokoju wtargnęła dyrektorka i oznajmiła, że wita dobiegła końca. Nie ukrywałam swojego zażenowania. Nigdy w życiu nawet tak nie robiła, więc co ją skłoniło do tak wyrachowanego i zimnego posunięcia? Czułam, że gdyby Cullen się jej postawił nie byłaby wobec niego uprzejma. Pewnie wezwałaby jednego z nauczycieli, aby go wyrzucili z pokoju... w najgorszym przypadku zawiesiłaby go w prawach ucznia. Chociaż to było mało prawdopodobne, gdyż nic nie zrobił. Troszczył się tylko o swoją przyjaciółkę. Czy to jest surowo zabronione?
Kobieta zamierzała wyjść z Edwardem, gdy niespodziewanie odwróciła się do mnie. Wyraz jej twarzy złagodniał. Można były wyczytać z niej: troskę, smutek, żal, stanowczość. Ale w żadnym wypadku nie miała być tak wredna jak dobrych parę minut temu.
- Panno Swan, kazano mi przekazać, że w grafiku zaszły pewne zmiany i jeszcze w dniu dzisiejszym ma pani sesję z naszym szkolnym psychologiem - oznajmiła.
Skinęłam jej głową na znak, że zrozumiałam.
Gdy tylko drzwi się zamknęły, nie miałam nic innego do roboty jak tylko przygotować się do spotkania. Nie cieszyłam się  za bardzo z wizyt u szkolnego terapeuty, ale w najgorszym wypadku popadłabym w większą depresję, może nawet bym już nie żyła.
Nie zrozumcie mnie źle: w pewnym sensie jestem wdzięczna władzą akademii, że pozwolili mi dalej kontynuować naukę tutaj i zapewnili mi tak profesjonalną opiekę. Ale nic nie przywróci mi mojej szalonej, niepoczytalnej matki. Wiedziałam o jej marzeniach: chciała zostać światowej sławy gastronomem, mieć jeszcze jedno bądź dwójkę dzieci (ta perspektywa nie cieszyła mnie za bardzo, ale i tak pewnie nie wzięliby mojego zdania do "głosowania"). A nagle wszystko o czym marzyła przepadło. Już nigdy miała nie zobaczyć: jak po dniu nastaje noc, śmiechu mojego, szczęśliwej rodziny, ojca który codziennie rano narzekał, że nie przygotowała mu kawy.
Ale w pewnym momencie jestem zadowolona: zrozumiałam co tak oznacza życie...


Autorka.~
Dwa tygodnie = nowy rozdział.
Mam nadzieję, że Wam się podoba :) 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz