Wzruszył ramionami.
- Kiedyś tak czy siak byś się dowiedziała. A Twoja inteligencja...cóż... nie jest przeciętna, jesteś bardzo pojętną i mądrą dziewczyną. Tylko tego nie wykorzystujesz.
Patrzyłam na niego jak na wariata. Od zawsze wiedziałam, że dla niego lekcje Zen to pierwsze miejsce - co nie ukrywam bardzo mnie denerwowało. "Tylko tego nie wykorzystujesz" - on ma mnie za jakąś głupią pustą lalę? Gdybym nie wykorzystywała swoich umiejętności i wiedzy to dzisiaj by mnie tutaj nie było. Przynajmniej nie na tej uczelni.
- Szkoda, że tak późno. - odparowałam. - Ale wiesz - ciągnęłam dalej - nie to dla mnie teraz znaczenia. Nie jesteś już dla mnie ważny. Rób co chcesz, ale mam prośbę: nie wchodź mi w drogę. Może i jesteś moim nauczycielem, ale nie licz na więcej. Jesteśmy tylko na poziomie nauczyciel - uczennica.
Chyba go zaskoczyłam. Nawet jeśliby tak było, to i tak bym tego nie dostrzegła. Bielikow dobrze ukrywa swoje emocje. Dobra mina do złej gry. Odkąd pamiętam zawsze tak było: skrywał swoje emocje, nie chciał pokazać, że jest słaby (chodź zawsze wygrywał), potrafił zadbać o wszystkich i o wszystko, a zwłaszcza o swoją matkę i trzy siostry.
- Cóż panie Bielkow, ja już pójdę do swojego pokoju - oznajmiłam.
Skinął głową.
Uff... a już myślałam, że będzie mnie znowu zatrzymywać - wystarczy już tego. Rozmawiać z nim muszę tylko podczas zajęć lekcyjnych, potem mogę go omijać szerokim łukiem.
Odwróciłam się na pięcie. Skierowałam się w stronę "swojego" pokoju. Nie był on duży, ale wystarczający by pomieścić trzy dziewczyny, to najważniejsze.
- Gdzieś ty się podziewała, co?
Rose jako pierwsza zaczęła przesłuchanie. Ciekawe.
- Na lekcjach - rzuciłam jak gdyby nic.
- Z Dymitrem? - wtrąciła się Alice.
- Nie.
- Czy wy... no wiesz.
Pokręciłam głową.
- Nigdy.
- To dobrze, wiesz jak bardzo cię zranił. Bello, nie chcę ci zabraniać spotykania się z chłopakami. Nie jestem twoim opiekunem, ale nie chcę być ponownie cierpiała.
Wow... takiego wyznania bym się nie spodziewała. Na pewno nie po Rosalie.
- Dzięki, Rose. Nie martw się - już nic nas nie łączy - zapewniłam przyjaciółkę.
Nie było tak źle. Myślałam, że Hale i Brandonówna będą mi głową suszyć. A tu proszę: troska. Nie wiem co bym bez nich zrobiła.
- To co robimy? - spytałam.
Dziewczyny wymieniły porozumiewawcze spojrzenia.
- Przechadzka po campie.
- Impreza u chłopaków.
- Babski wieczór, wybieraj.
Tyle pomysłów. Spojrzałam na zegarek.
Cholera. Mam teraz zajęcia z Dymitrem.
- Co jest? - Ali patrzyła na mnie ze zmartwieniem?
- Nic. Mam teraz cholerną lekcję z Bielikowem.
- Uf, Alice dobrze, że my nie mamy z nim lekcji - rzuciła Rose.
- Cholerne szczęściary - mruknęłam z niezadowoleniem. W odpowiedzi otrzymałam śmiech.
W drodze na lekcje zastanawiałam się czy się po prostu nie zerwać. Byłoby łatwiej. Chociaż z drugiej strony nie za dobrze by to wyglądało. Jestem tutaj krótko, a już wymyślam plan ucieczki. Ciekawe, ciekawe. Zapewne za miesiąc będą ciągnąć mnie siłą na lekcje z Dymitrem. Mogę im życzyć jedynie co to tylko powodzenia z mojej strony. Nic więcej.
- Punktualnie - krzyknął z końca sali. - 20 okrążeń.
Popatrzyłam na niego jak na kosmitę. SŁUCHAM!? Dwadzieścia? Ktoś go chyba musiał walnąć piłką w ten jego pusty łeb.
- Nie słyszałaś, co mówiłem?
- Słyszałam.
- Więc na co czekasz?
- Na koniec lekcji. Proste.
- Jeszcze ci nie przeszło, naprawdę?
Potwierdziłam.
- Przepraszam.
- Przeprosiny tu w niczym nie pomogą. Możesz sobie myśleć co chcesz, nie obchodzi mnie to. Ale nie sądziłam, że jak tutaj przyjadę to cię spotkałam. Myślałam, że... tylko mnie okłamałeś. Próbowałeś mnie powstrzymać przed uczeniem się tutaj. I uwierz byłeś tego naprawdę bliski - ciągnęłam dalej. - Nie jest mi łatwo tutaj przychodzić, więc nie myśl sobie, że jak raz przyjdę to będę skakać koło ciebie jak jakaś głupia.
Nie kończyliśmy już tematu. Przebiegłam te dwadzieścia okrążeń, zrobiłam jeszcze kilka ćwiczeń jakie Dymitr mnie pokazał, a potem byłam już wolna. To znaczy do czasu. Czekała mnie jeszcze matematyka i biologia. Dwa najgorsze dla mnie przedmioty. Oby te lekcje się tak nie ciągnęły, jak poprzednia, bo dostanę zawał na miejscu.
- Słyszałem, co mówiłaś na treningu - był to Edward. Uśmiechnęłam się do niego delikatnie.
- Wyraziłam tylko swoje zdania. A w ogóle skąd to wiesz?
- Cała szkoła to wie. Plotki szybko się tutaj roznoszą.
To ma sens. Wzruszyłam ramionami.
- Bello nie poznaje cię.
- Jestem sobą, jeszcze nie zwariowałam.
Uśmiechnął się do mnie niepewnie.
Chciałam mu coś powiedzieć, ale w tym momencie zadzwonił do mnie mój telefon.
- Słucham?
- Isabella Swan? Tutaj doktor Alarick Clarke.
Czekałam na dalsze wiadomości.
- Pani rodzice, mieli wypadek.Matka zginęła na miejscu, a ojciec jest w złym stanie.
Zamarłam. W jednej chwili cały mój świat się zawalił. Cullen zobaczył zmianę w moim zachowaniu. Rozłączyłam się. Łzy spłynęły mi po policzkach. Edward przytulił mnie, a ja płakałam, dałam upust swoim emocjom.
- Moi rodzice... mieli wypadek - wypowiedziałam przez łzy. - Mama nie żyje, a ojciec jest w ciężkim stanie, walczy o życie.
W ciągu kilku minut cały personel szkolny (no może nie cały) dyrektorka, psycholog, pielęgniarka, Dymitr znaleźli się w moim pokoju. Edward cały czas mnie nie opuszczał. Rosalie i Alice nie było. Więc jeszcze nie wiedziały co się wydarzyło. Emmett i Jasper - także.
- Panno Swan, szkoła jest w stałym kontakcie z policją i ze szpitalem. Każde nowe informacje od razu zostaną pani podane - odezwała się po krótkim milczeniu Kirowa tak się nazywała nasza dyrektorka)
- To nie ma teraz znaczenia! - powiedziałam przez zaciśnięte zęby. - ONA NIE ŻYJE! Nic mi jej nie przywróci.
Dyrektorka, pielęgniarka i psycholog wyszły na chwilę na korytarz. Rozmawiały o moich sesjach. Przez jakiś czas miałam nie uczestniczyć w zwykłych zajęciach, a cztery razy w tygodniu miałam przychodzić na sesje psychologiczne. Miały mi one pomóc w zachowaniu równowagi.
- Wszystko będzie dobrze.
Edward był taki troskliwy. Za to go kocham. Zawsze jest przy mnie.
Widziałam, że niechętnie przebywał z pokoju z Dymitrem który dotychczas zabierał głos w kratkę.
Wtuliłam się w niego jeszcze mocniej.
- Nic już nie będzie dobrze. Nic już nie będzie tak jak kiedyś! Straciłam ją, rozumiesz? Straciłam, ona nie żyje.
- Panie Cullen, proszę wracać na lekcje.
- Pani dyrektor, nie zostawię jej samej.
- Idź - odezwałam się załamana. - Nie zostanę sama.
- Bello...
- Nie chcę byś przeze mnie miał kłopoty.
To prawda, że nie chciałam, aby odchodził. Nie teraz. Musiał być przy mnie. Ale szkoła była najważniejsza. Ja mimo że nie będę mogła uczestniczyć przez jakiś czas, również będę musiała nadrabiać wiele zaległości.
Pocałował mnie w czoło i wyszedł.
Przykryłam się mocniej kocem.
- Koś musi z nią zostać - oznajmiła dyrektorka.
- Ja - zaoferował się Bielikow.
Nie miałam siły się kłócić z nim. To nie to było teraz najważniejsze.
- Wykluczone. Ma pan lekcje.
- Skończyłem przed godziną, Ostatnią lekcję miałem o to właśnie z panią Swan.
Sprzeczali się tak dobrą godzinę, aż wreszcie dyrektorka się zgodziła, aby mnie pilnował.
Nie wiem kiedy zapadłam w głęboki sen. Śniła mi się. Moja matka.
Tak samo piękna, tak samo niemożliwa, uśmiechała się do mnie i mówiła mi, że wszystko będzie dobrze, jak bardzo mnie kocha, że będzie zawsze obok mnie...
Tak bardzo mi jej brakuje. Nigdy jej nie zapomnę.
Kocham cię mamo - pomyślałam. I nagle zniknęła.
Zapanowała ciemność, która zawsze towarzyszyła mi podczas snu.
Autorka.~
Mam nadzieję, że rozdział się podobał.
Wakacje są, wiele pomysłów również.
Następny rozdział chyba dopiero na sierpień. Koniec sierpnia.
Pozdrawiam :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz